Ta strona używa cookie. Dowiedz się więcej o celu używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

WYSZUKAJ
WYSZUKAJ CZASOPISMO
 
http://www.wuj.pl/page,produkt,prodid,3326,strona,Magia_bioinzynierii,katid,321.html

Fragment książki

Strona główna > Fragment książki :
Farmaceuta z Auschwitz
Farmaceuta z Auschwitz


„TRUCIZNA OD BAYERA”

Jako że lekarze SS uważali się za elitarną kadrę profesjonalistów, mogło się wydawać, że zwykły aptekarz, jakim był Capesius, nie będzie miał u nich zbytniego poważania. W takim przypadku nie oczekiwano by od niego dużego zaangażowania w szaleńcze eksperymenty na ludziach prowadzone w obozie. Capesius miał szczególne kwalifikacje, których nie można było nie doceniać: przez długi czas pracował dla koncernu Farben/Bayer. Wszyscy lekarze obozowi byli wdzięczni temu przedsiębiorstwu za finansowanie wielu eksperymentów medycznych, a dla firm Farben i Bayer obóz stanowił jedyne w swoim rodzaju laboratorium umożliwiające badania na ludziach.
Jeden z pracowników Bayera z długim stażem, który następnie awansował na majora SS, doktor Helmuth Vetter, nadzorował przebieg programów realizowanych przez to przedsiębiorstwo z wykorzystaniem więźniów do testowania niezbadanych leków. Niektórzy dyrektorzy koncernu Farben wiązali przyszłość ich organizacji nie tyle z chemikaliami, co z kształtującą się dopiero dziedziną, jaką była nowoczesna medycyna. „Eksperymenty prowadzone w obozach koncentracyjnych z użyciem preparatów IG [Farben] – zeznawał po wojnie lekarz SS Waldemar Hoven – były prowadzone wyłącznie w interesie IG, które za wszelką cenę dążyło do ustalenia skuteczności tych leków. [...] To nie SS, ale właśnie IG wiodło prym w prowadzeniu doświadczeń w obozach koncentracyjnych”.

Oczywiście nie było tak, że SS po prostu przekazywało przywożonych więźniów koncernowi Farben na potrzeby sponsorowanych przez niego doświadczeń. Firma kupowała ludzkie króliki doświadczalne w taki sam sposób, w jaki płaciła SS według ustalonych stawek za niewolniczą siłę roboczą skoszarowaną w Monowitz. Raz doszło nawet do targów między przedsiębiorstwem Bayer a komendantem obozu Auschwitz, których przedmiotem była cena za 150 kobiet potrzebnych firmie do przetestowania „nowego leku nasennego”. SS żądało 200 marek Rzeszy (czyli równowartości około 80 dolarów) za każdą więźniarkę. W Bayerze narzekano, że to „za dużo”, i zaproponowano 170 marek. SS przyjęło ofertę.

„Proszę przygotować dla nas 150 jak najzdrowszych kobiet” – zaznaczył jeden z kierowników Bayera w notatce potwierdzającej zakup.

Po objęciu pieczy nad więźniarkami firma wystosowała wiadomość do SS: „Uznano, że, mimo wyniszczenia, nadają się. Będziemy informować o przebiegu badania”.

Po kilku tygodniach kierownik Bayera przesłał SS notatkę o treści uderzająco podobnej do większości wiadomości, w których firma informowała o zakończeniu testów jednego z leków w obozie koncentracyjnym: „Doświadczenia przeprowadzono. Wszystkie osoby uczestniczące w badaniu zmarły. Wkrótce skontaktujemy się w sprawie nowej dostawy”.
Przy okazji innej serii badań w dokumentacji koncernu Farben opisano z mrożącą krew w żyłach precyzją nieudany test „Preparatu 3582”, czyli niezbadanego środka medycznego, który miał leczyć tyfus. Lekarze SS do każdego badania wyznaczali pięćdziesięcioro więźniów, których zarażano tyfusem, a następnie poddawano eksperymentalnemu „leczeniu”. Skutki uboczne obejmowały obrzęk ust, gwałtowną biegunkę, wymioty i osłabienie. Po trzech brutalnych seriach doświadczeń, które przeprowadzono w ciągu dwóch miesięcy w 1943 roku, zmarło około 55% „leczonych”. Mniej więcej taką samą przeżywalność odnotowano wśród chorych, których nie leczono. W koncernie Farben na nowo podjęto badania nad składem leku. Tymczasem więźniów, którzy przetrwali mimo choroby, wysłano do komór gazowych, żeby uniknąć ryzyka zarażenia pozostałych.

Kolejna grupa więźniarek zmarła podczas eksperymentów opisanych lakonicznie jako „badania nad nieznanymi preparatami hormonalnymi”. Poza tym cały oddział więźniów chorujących na gruźlicę w bloku 20 bez skutku leczono nieoznakowanym środkiem w zastrzykach wyprodukowanym przez firmę Bayer2.
W ramach jednego z doświadczeń doktor Vetter testował leki antybakteryjne Bayera, wstrzykując dwustu kobietom do płuc paciorkowca. Wszystkie umierały powoli i w bólu z powodu obrzęku płuc. Vetter przedstawił wyniki nieudanego badania Akademii Medycznej Wehrmachtu.
Mengele, który był bez wątpienia najaktywniejszym eksperymentatorem w obozie, również stosował nieprzebadane środki medyczne wyprodukowane przez Farben, oznaczone jako B-1012, B-1034 i B-3382 (1034 to błękit metylenowy, eksperymentalny lek na tyfus)4. Wilhelm Mann, chemik pracujący w koncernie Farben i prezes firmy Degesch produkującej cyklon B, napisał w 1943 roku: „Załączam wyniki z pierwszej kontroli. Eksperymenty prowadzone przez doktora Mengelego powinny być kontynuowane, co do czego obaj się zgodziliśmy”.

W odróżnieniu od innych lekarzy, którzy w większości prowadzili badania nad eksperymentalnym lekiem na istniejącą chorobę lub wywołujące ją schorzenie podstawowe, Mengele wielokrotnie podawał leki – doodbytniczo, podskórnie, dożylnie lub doustnie – zdrowym ludziom. Jego zapiski z laboratorium zaginęły po wojnie, więc nie ma pewności, jakie naprawdę miał zamiary wobec leków koncernu Farben. Teorii na ten temat jest mnóstwo.

Niektórzy uważają, że Mengele miał dostęp do nowatorskich substancji odkrytych przez Farben w latach 30. XX wieku i nazwanych sarin i tabun – bezbarwnych i bezzapachowych gazów, które mają silne właściwości obezwładniające. Szczególnie obawiano się tabunu, ponieważ nawet jedna kropla tego środka mogła zabić. Organy Trzeciej Rzeszy do spraw broni chemicznej naciskały na koncern Farben, by ten wykorzystał sarin i tabun do opracowania środków bojowych, które będzie można produkować masowo i przemieszczać bez trudu. Hitler poważnie rozważał użycie tych substancji paralityczno-drgawkowych dwukrotnie: pod Stalingradem i po tym, jak alianci wylądowali w Normandii. W obu przypadkach Führer ostatecznie nie zdecydował się na takie rozwiązanie, po tym jak główny specjalista do spraw broni chemicznej w Farben, Otto Ambros, wprowadził go w błąd, ostrzegając, że zarówno alianci, jak i Rosjanie mają własne zasoby środków paralityczno-drgawkowych i nie zawahają się ich użyć w odwecie przeciwko Vaterlandowi. Bez względu na to, jakie były powody, dla których Mengele uprawiał szarlatanerię w Auschwitz, nie sposób zaprzeczyć, że większość więźniów, na których przeprowadzał eksperymenty z użyciem związków chemicznych wyprodukowanych przez koncern Farben, zmarła.
Po wojnie Capesius próbował usprawiedliwić doświadczenia Mengelego wierutnym kłamstwem, jakoby „Amerykanie prowadzili studia, badania dziedziczności, [...] badania nad bliźniętami i badania dziedziczności. [...] Amerykanie odkupili to od Polaków za duże pieniądze, była to bardzo ważna sprawa, bo przecież nigdzie indziej nie można było badać tak bez żenady jak tam”.

Przebywając w obozie, Capesius był nie tylko wodzirejem tudzież aptekarzem dostarczającym leki firmowe do przeprowadzania eksperymentów na innych. Według wewnętrznych akt SS uczestniczył i pomagał w przeprowadzaniu bezpośrednio na ludziach prób z użyciem niezbadanych rodzajów środków znieczulających. Gdy Gestapo zleciło Brunonowi Weberowi, psychiatrze pracującemu wcześniej w IG Farben, a następnie wyznaczonemu na dyrektora Instytutu Higieny w Auschwitz, przeprowadzenie badań nad poprawą skuteczności prania mózgu za pomocą środków farmakologicznych, ten z kolei zwrócił się o pomoc do Capesiusa. We dwóch wytwarzali eksperymentalne związki chemiczne składające się głównie z morfiny i barbituratów. Wykorzystywali też meskalinę, substancję halucynogenną występującą w przyrodzie, tę samą, którą stosowano do podobnych doświadczeń w Dachau.

Zoe Polanska miała raptem trzynaście lat, kiedy w 1941 roku deportowano ją z Odessy do Auschwitz. Podczas trzyletniego pobytu w obozie bardzo dobrze poznała Capesiusa. Czasem w obecności innych lekarzy, a czasem sam, kazał rozbierać ją do naga i unieruchamiać na łóżku za pomocą metalowych prętów. Czasem podawano jej płyny dożylnie. Czasem Capesius podawał jej tabletki ze szklanych pojemników opatrzonych jedynie etykietami firmy Bayer.

„Nigdy nie prosili, żebyśmy brali leki, po prostu wpychali nam je do gardła – wspominała Polanska. – Nie pytałam, co mi podają”. Po wojnie dowiedziała się, że jest bezpłodna, ponieważ nie ma wykształconych jajników. Wywnioskowała, że eksperymenty, którym poddawał ją Capesius, były nieudanymi próbami przeprowadzenia sterylizacji lub opracowania pigułki wczesnoporonnej, którą nazwała „trucizną od Bayera”.

<< powróć do strony produktu