Ta strona używa cookie. Dowiedz się więcej o celu używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.





Pali-pali, czyli „szybko, szybko”, to podstawa kultury współczesnej Korei Południowej. Ścigając się z czasem i rozwijając olbrzymie koncerny, ten nieduży kraj przeobraził się w gospodarczą potęgę. Odpowiedzi na pytanie, jak można było osiągnąć taki sukces, udziela autor, Frank Ahrens – amerykański dziennikarz, który został wiceprezesem Hyundai Motor Company.

Emigrant z Zachodu, przez pryzmat najlepszej koreańskiej firmy motoryzacyjnej, przedstawia czytelnikom azjatycki świat biznesu – bardzo oficjalny za dnia i więcej niż swawolny w nocy. Biznesowy strój wraz z klapkami pod prysznic, firmowe imprezy z jedenastoma szklaneczkami alkoholu na głowę i uzależnienie od karaoke to tylko niektóre osobliwości perfekcyjnie funkcjonującego konglomeratu. Koreańczycy, pełni trafnych i zabawnych spostrzeżeń, rzucają światło na kulturę znaną niewielu mieszkańcom Europy.


FRAGMENT
Opowieść o oszołomieniu Koreą Południową musimy rozpocząć od kimchi. Kimchi się tego domaga.

Po raz pierwszy dociera do naszych nozdrzy, zanim jeszcze opuścimy Międzynarodowy Port Lotniczy Inczon, ledwie wyjdziemy z samolotu. Dla Koreańczyków kimchi to zapach domu, to paliwo rakietowe ich wielkiego skoku w przód, to 150 lat industrializacji skondensowane w okres 50 lat. Dla cudzoziemca kimchi to początkowo po prostu potrawa o silnej woni, pikantna mieszanina fermentowanych jarzyn – kapusty, rzodkiewek bądź ogórków – i przypraw, wśród których prym wiedzie czosnek. Przyrządzana tradycyjnie, miesiącami kisi się w słoju zakopanym
w ziemi, gdzie dojrzewa jej imponująca moc olfaktoryczna. Uwalniana przy każdym koreańskim posiłku, śniadania nie wyłączając, szczypie nozdrza niewtajemniczonych, odstręczając ich w pierwszej chwili. Występuje w wielu odmianach i wcale nie pachnie zawsze tak samo. Niektóre kimchi czuć kapustą, tak jednak, jak gdyby jej woń wzmogła się stukrotnie, inne mają aromat octu i papryczek chili.

Jeszcze inne nie pachną prawie wcale. Zdarza się, że śmierdzą skarpetkami.

Kimchi daje się we znaki – oddech dwudziestu osób tuż po lunchu z kimchi stłoczonych w jednej windzie wydziela metaliczny odór, którego górna nuta opiłków żelaza wali nas jak obuchem i na przestrzeni kilku pięter potrafi zamroczyć. Dziś Koreańczycy mają w domach osobne lodówki specjalnie na kimchi, aby zapach nie przechodził na inne potrawy. Oczywiście opowiadanie o woni kimchi jest banalne, jednak nie opisując jej, pominęlibyśmy nieodłączną część codzienności prawie każdego Koreańczyka i podstawowy artykuł żywnościowy określający koreańską tożsamość kulturową. Dla Koreańczyków kimchi jest jak dla Amerykanów hamburger, tyle że o wiele bardziej. Amerykanie (a w każdym razie większość z nich) nie jadają hamburgera na każdy posiłek. Kimchi to niezawodny lokalizator. Jeśli ktoś zawiąże nam oczy i zawiezie w nieznane miejsce, a po wyjściu z samolotu poczujemy aromat hamburgera, może to być praktycznie gdziekolwiek na świecie. Jeśli jednak po zejściu z pokładu samolotu zapachnie nam kimchi, to z dużą dozą prawdopodobieństwa można orzec, że wylądowaliśmy w Korei. Gdyby przyznawano światową nagrodę za potrawę autentycznie narodową i posiłek definiujący tożsamość kulturową, to kimchi by ją zdobyło. Jego woń – potwornie, agresywnie i dumnie koreańska – jest chyba pierwszym mostem, który cudzoziemiec musi choćby spróbować przejść, jeśli chce się czegoś dowiedzieć o tym kraju.

Zabawnie napisana, bardzo osobista książka pełna obserwacji na temat codziennego życia Koreańczyków i różnic kulturowych
z którymi musi zmierzyć się emigrant z Zachodu. Plus pasjonująca historia próby  prześcignięcia przez Hyunday’a
światowych gigantów z branży motoryzacyjnej.

Marcin Prokop, dziennikarz TVN



Kryzys wieku średniego w życiu Franka Ahrensa zbiegł się z kryzysem Korei Południowej,
a czytelnik na tym skorzystał. Inteligentna, zmyślna, przepyszna książka.

Gene Weingarten, dwukrotny laureat Nagrody Pulitzera



W tej uroczej i poruszającej książce Ahrens opowiada o tym, dlaczego ten nieduży, lecz prężny kraj tak nieustępliwie zabiega,
aby być jeszcze lepszym. Jego portret Korei, »krewetki wciśniętej między.

Tim Clissold, autor Mr China, czyli Amerykanin w Pekinie



Mocną stroną Ahrensa jest wrażliwość na otaczających go ludzi... zwłaszcza młodych współpracowników,
którzy ciężko pracują, by Korea wyszła z epoki przymusowej kolektywnej industrializacji ku gospodarce opartej na
indywidualizmie i kreatywności.

Joe Studwell Washington Post



Otwierająca oczy wędrówka przez kulturę, handel i osobiste odkrycia z Frankiem Ahrensem w roli czarującego
i spostrzegawczego przewodnika. Po przeczytaniu tej pasjonującej książki poszedłbym za nim wszędzie.

David von Drehle, autor książki Triangle: The Fire That Changed America

FRAGMENT
NIEBEZPIECZNA RODZINKA KIMÓW
Kilka miesięcy po przybyciu do Korei mieliśmy z Rebeką okazję pojechać do strefy zdemilitaryzowanej, czyli DMZ (demilitarized zone), oddzielającej Koreę Północną od Południowej. To najpilniej strzeżona granica na świecie. Teoretycznie wciąż pozostaje terenem wojny, pokój między obydwiema Koreami panuje tylko dzięki rozejmowi. Obszar ten jest dziś zarazem atrakcją turystyczną. USO47 organizuje tam jednodniowe wycieczki, autobusy wyruszają codziennie z Seulu. Dodaje to jeszcze wszystkiemu posmaku niesamowitości. Nie mogłem się opędzić od skojarzeń z turystami, którzy wyruszają szlakiem amerykańskiej wojny secesyjnej, wyjeżdżając z Waszyngtonu z zapasem kanapek, by oglądać bitwy toczone w północnej Wirginii.
Wybraliśmy się z Rebeką na sobotnią wycieczkę do Panmundżom, opuszczonej przygranicznej miejscowości, gdzie w 1953 roku podpisano  rozejm.  Strefa zdemilitaryzowana  sama  w  sobie  nie jest granicą. To pas ziemi biegnący w poprzek kraju, mniej więcej wzdłuż 38. równoleżnika, szeroki na cztery kilometry – po dwa z obydwu stron granicy.
W dużej mierze to ziemia niczyja, jednak nie jałowe pustkowie, lecz niezwykły, porośnięty bujną zielenią rezerwat przyrody, siedlisko kilku rzadkich gatunków. Nie jest to też teren całkiem bez- ludny. Dzięki podjętemu przez Koreę Południową przedsięwzięciu propagandowemu udało się osiedlić w strefie zdemilitaryzowanej 250 rolników. Za uprawianie gruntów, które jako pierwsze padłyby ofiarą północnokoreańskiej inwazji, rząd płaci każdemu z nich blisko 90 tysięcy dolarów rocznie.
Wzdłuż faktycznej granicy w Panmundżom ciągnie się  szereg niepozornych parterowych baraków. Każdy domek ma dwoje drzwi – jedne wychodzą na Koreę Północną, drugie na Południową. Nad barakami po obu stronach granicy górują ogromne, nowoczesne gmachy rządowe. Nasza wycieczka znajduje się właśnie wewnątrz wielkiego budynku po stronie południowej, od amerykańskich wojskowych dowiadujemy się, że po wyjściu na zewnątrz podejdziemy kawałek w stronę baraków. Słyszymy przestrogę, aby trzymać ręce spuszczone i na nic nie wskazywać palcem ani gestem ręki. Północ robi nam zdjęcia i jak się nas informuje, turyści wskazujący na coś palcem mogą łatwo stać się narzędziem północno- koreańskiej propagandy.
Sceneria wokół to mieszanka napięcia i absurdu. Wchodzimy do jednego z baraków i widzimy stół konferencyjny ustawiony w poprzek granicy przecinającej budynek. Linię namalowano na podłodze. Mijamy stół i wchodzimy na obszar Korei Północnej. Przewodnik radzi, żebyśmy nie zbliżali się zanadto do drzwi wy- chodzących na Koreę Północną; zdarzało się już, że żołnierze gwałtownie otwierali drzwi na oścież i porywali turystów. Słuchamy historii o negocjacjach sprzed lat – jak to w noc przed rozmowami północnokoreańscy agenci ukradkiem podpiłowali nogi krzeseł po południowej stronie stołu konferencyjnego, tak aby przedstawiciele Południa w dosłownym sensie mieli niższą pozycję w rokowaniach z Północą.
Na zewnątrz, na ziemi granicę między obydwoma państwami pozostającymi w stanie wojny oznaczono krótkim betonowym krawężnikiem. W dniach poprzedzających nasz przyjazd spadł śnieg. Po południowej i po północnej stronie granicy odgarnięto go, piętrzył się wciąż jednak na samym krawężniku. Przypuszczam, że gdyby jedna ze stron oczyściła krawężnik ze śniegu, mogłoby to zostać odebrane jako najazd.
Łatwo jest myśleć o Korei Północnej w kategoriach żartu, zachowuje się ona przecież tak infantylnie. Na przestrzeni lat Południe odkrywało kolejne tunele kopane przez Północ pod strefą zdemilitaryzowaną z myślą o przerzucaniu szpiegów. Po przyłapaniu na gorącym uczynku podczas prac w jednym z takich podkopów Północ oznajmiła Południu, że nic podobnego, tunel wcale nie ma służyć do szpiegowania. Kopie się tutaj w poszukiwaniu złóż węgla – oświadczyła Korea Północna. I podejmując chyba najbardziej idiotyczną w dziejach świata próbę zatuszowania dowodów, pomalowała ściany tunelu na czarno, w nadziei, że Południe uwierzy w tę bajeczkę. Nie tak dawno z kolei zamiast po prostu wzruszyć ramionami na hollywoodzką farsę z 2014 roku Wywiad ze Słońcem Narodu – której fabuła, rzeczywiście mało wyrafinowana, obejmowała zamach na północnokoreańskiego przywódcę – nadąsana   Korea   Północna   zhakowała   Sony   Pictures,   studio, w którym powstał film. Wyciekły kłopotliwe prywatne e-maile, narażając firmę na miliony dolarów wydanych na zabezpieczenia i na straty wizerunkowe, nie mówiąc już o utracie stanowiska przez szefa studia.
Dla Południa Korea Północna nie jest jednak żartem. W 1968 roku komandosi z Północy, mający rozkaz zamordować prezydenta Park Chung hee, dotarli na odległość zaledwie 100 metrów od siedziby prezydenta, zwanej ze względu na kolor dachu Błękitnym Domem, zatrzymały ich dopiero siły specjalne. Sześć lat później podjęto drugą próbę zamachu na Park Chung hee, wówczas zwolennik Korei Północnej zdołał zamordować żonę prezydenta. W 1983 roku Koreańczycy z Północy usiłowali zabić południowo- koreańskiego prezydenta Chun Doo-hwana podczas jego oficjalnej  wizyty w Rangunie48, umieszczając bombę na suficie budynku, który miał on odwiedzić. Prezydent spóźnił się z powodu korków ulicznych, bomba jednak wybuchła, zabijając kilku jego doradców, którzy zjawili się wcześniej. W 1987 roku, najwyraźniej zirytowani odmówieniem Korei Północnej prawa do organizacji choć niektórych rozgrywek podczas igrzysk olimpijskich w Seulu w 1988 roku, agenci Północy spowodowali wybuch bomby w samolocie Korean Air, zginęło 115 osób. W 2006 roku Korea Północna zdetonowała bombę jądrową, powtarzając tę próbę jeszcze w latach 2009, 2013 i 2016. Wiosną przed naszym przyjazdem do Korei w 2010 roku północnokoreańska torpeda zatopiła południowokoreańską korwetę „Czeonan”, zginęło 46 marynarzy.

AUTOR

FRANK AHRENS
przez 18 lat był dziennikarzem „The Washington Post”. Porzucił swoją posadę i po raz pierwszy wyemigrował do innego kraju, gdy trzy miesiące po ślubie jego żona dyplomatka dostała pracę
w Seulu. Przez trzy lata pracował w Hyundai Motor Company jako specjalista od PR-u i kontaktów zagranicznych, gdzie ostatecznie został wiceprezesem spółki. 
Obecnie mieszka w Waszyngtonie wraz z żoną i córką, pracuje jako niezależny konsultant do spraw Korei i branży samochodowej.

 

PATRONAT MEDIALNY

DANE BIBLIOGRAFICZNE

Tłumaczenie: Aleksandra Czwojdrak
seria MUNDUS
ISBN: 978-83-233-4344-8
, rok 2018, format B5, stron 352