Ta strona używa cookie. Dowiedz się więcej o celu używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.




Elizabeth Letts
KOŃ DOSKONAŁY
Ratując czempiony z rąk nazistów

Wojna dobiega końca. Amerykański oddział przechwytuje informację o stadninie, w której ukryto najcenniejsze polskie araby z Janowa Podlaskiego i austriackie lipicany z Wiednia. Naziści starają się stworzyć z nich rasę doskonałych koni wojskowych. Tymczasem ze wschodu nadciąga wygłodniała Armia Czerwona, gotowa bez wahania posłać czempiony na rzeź. Pułkownik Hank Reed musi zorganizować zuchwałą akcję ratunkową. Walcząc z czasem, jego oddział przedziera się przez  linię wroga, by ocalić szlachetne zwierzęta.

Autorka łącząc kronikarską skrupulatność z literacką wrażliwością, przybliża czytelnikom nieznane wydarzenia II wojny światowej. Prowadząc czytelnika przez zagrożone spadającymi bombami stajnie, zniszczone walkami osady i amerykańskie sztaby dowodzenia, autorka przedstawia nam galerię niezwykłych postaci – nie tylko opiekunów wierzchowców i kawalerzystów, lecz przede wszystkim konie na czele z Witeziem II - dumą Janowa Podlaskiego.

Książka znalazła się w czołówce listy bestsellerów The New York Times.



Autorka nie poprzestała tylko na opowiedzeniu hollywoodzkiej historii, która w USA stała się bestsellerem. Poszła krok dalej i uczyniła z niej kanwę do opowieści o tym jak konie wpływały na życiorysy głównych bohaterów i jaką rolę ich hodowla odgrywała w Austrii i Polsce. To właśnie losy polskich arabów uratowanych przez Amerykanów są tym, co powinno w szczególności zainteresować polskiego czytelnika.
Wojciech Duch, redaktor naczelny Historia.org.pl

Historia, którą Elisabeth Letts wydobywa z obłędu nazistowskiego okrucieństwa i wojny, to poza wartką akcją przejmująca opowieść o łasce i odkupieniu. Autorka stawia nam przed oczy międzynarodową galerię postaci doświadczonych przez wojnę żołnierzy. Patrząc z ich perspektywy i wykorzystując niemal nadprzyrodzoną zdolność rozumienia koni, jaką obdarzona jest Elisabeth Letts, zakochujemy się we wrażliwych lipicanach i szlachetnych arabach – ocalonych zwierzętach, dzięki którym ludzie odzyskują człowieczeństwo”.
Vicki Constantine Crocke, autorka Kompanii słoni

Poruszająca, barwna opowieść, od której nie mogłam się oderwać. Ukazuje wojnę w niezwykłej, fascynującej perspektywie. Zachwyci w równym stopniu fanów historii i miłośników zwierząt”.
Molly Guptill Manning, autorka When BooksWent to War

Oszałamiająca historia opowiedziana z pasją. Koń doskonały to wartko płynąca opowieść z czasów II wojny światowej o tym, jak dobrym ludziom powierzono ostatnie zadanie bojowe – ocalenie niezwykłych koni – w godzinie, w której nikt nie chciał umierać. W osobie Elisabeth Letts wojenne losy białych ogierów znalazły wspaniałego kronikarza”.
Adam Makos, autor Rycerzy wojennego nieba

Pasjonująca opowieść Elisabeth Letts poparta wnikliwymi badaniami faktograficznymi – historia koni i ich bohaterskich ratowników w ostatnich dniach drugiej wojny światowej – uświadamia nam, że kierując się instynktem, który każe nam bronić czworonożnych przyjaciół, człowiek jest gotowy ryzykować własne życie. Ten raczej mało znany wojenny epizod został ukazany w sposób niezwykle dramatyczny i poruszający”.
Wendy Williams, autor The Horse


FRAGMENT

Pułkownik Carles Hancock Reed
Na wąskiej, melancholijnej twarzy Aloisa Podhajsky’ego malował się wyraz troski. Miał patrzące w głąb siebie spojrzenie poety. Jego poematem była klasyczna sztuka ujeżdżenia, strofami – tańczące konie. Podhajsky wyglądał jak urodzony jeździec. Eleganckiej linii długiego, prostego tułowia nie zakłócały żadne toporne kanty czy zbyteczne zaokrąglenia. Nieobecny wyraz twarzy wskazywał jednak, że człowiek ten nosi w sobie cierpienie. Po 1918 roku, kiedy to został ciężko ranny w szyję, walcząc w okopach Flandrii, długo zmagał się ze stresem pourazowym. Dzięki miłości do koni stopniowo odzyskał równowagę, ale głęboki smutek pokonanego wojownika nigdy go nie opuścił.
12 czerwca 1936 roku Alois Podhajsky na koniu Nero czekał w gotowości do wyjścia na prostokątną arenę, ustawioną z niezwykłą precyzją na Maifeld, dwunastohektarowym polu na wschód od stadionu olimpijskiego. Odbywały się tutaj zawody w ujeżdżeniu. Aż trudno było uwierzyć, że Podhajsky i jego koń mieli podczas XXI Letnich Igrzysk Olimpijskich rywalizować z najlepszymi jeźdźcami świata. Nero, gniadosz pełnej krwi angielskiej na długich, patykowatych nogach, był początkowo przyuczany do udziału w wyścigach, lecz kiedy okazał się nazbyt wolny, oddano go na służbę do kawalerii. Ponieważ i w tej roli wałach wykazywał niewiele talentu, wojsko zamierzało go sprzedać. Dopiero Podhajsky dostrzegł w nim potencjał i uchronił przed wystawieniem na aukcję. On sam też czuł się odrzucony, gdy nie pozwolono mu kontynuować nauki w prestiżowej szkole kawalerzystów po tym, jak uraz kręgosłupa uniemożliwił mu zginanie się w pasie i zmusił do porzucenia pierwszej wielkiej namiętności – skoków przez przeszkody. Nie mogąc się oprzeć swojej pasji, nie wyrzekł się jeździectwa, gdy trzeba go było podsadzać na konia. Nigdy nie zapomniał tego dnia w 1928 roku, kiedy podczas treningu w szkole kawalerii instruktor jazdy, przyjrzawszy się krytycznie jego sztywnej postawie w siodle, ocenił: „Jest pan skończony!”. Podhajsky nie dawał za wygraną, pracował ze swoim wzgardzonym wierzchowcem, poświęcając całą energię sztuce ujeżdżenia. Już po trzech latach uhonorowano go najwyższym wyróżnieniem, jakie mógł zdobyć austriacki kawalerzysta: w 1931 roku wysłano go na dwuletnią naukę w najstarszej na świecie akademii jeździectwa klasycznego, Hiszpańskiej Szkole Jazdy. Prowadzone tam lekcje klasycznego dresażu miały charakter zarówno edukacji duchowej, jak i treningu fizycznego. Adepci nigdy nie dosiadali koni po to, by między sobą rywalizować czy ubiegać się o medale; dążyli do doskonałości jako celu samego w sobie. Miłość Podhajsky’ego do koni, do jazdy, do życia rozpaliła się na nowo. Pięć lat po usunięciu ze szkoły kawalerii miał reprezentować swój kraj na olimpiadzie. Nero nie wyróżniał się prezencją ani wdziękiem, był za to posłuszny i chętny do współpracy. Po paru latach treningów znaleźli się w sportowej czołówce. Dziś uważano ich za faworytów.
Choć zdaniem Podhajsky’ego austriackie tradycje jeździeckie nie miały sobie równych, wiedział on jednocześnie, że w opinii wielu tradycje te stały się już przeżytkiem. Jeden z członków jego drużyny był najstarszym zawodnikiem igrzysk, urodził się w 1864 roku. Podhajsky pokochał austriackie jeździectwo w latach chłopięcych, do pułku kawalerii wstąpił jako osiemnastolatek. Pozując do portretu w pułkowym mundurze, w 1916 roku nie wyglądał na swoje osiemnaście lat. Strojny mundur – z futrzanym obszyciem, spiczastym hełmem, błyszczącymi guzikami – można by uznać za kostium karnawałowy. W prawej dłoni trzymał białe rękawiczki, przy lewym boku wyjętą z pochwy szablę. Przypominał trochę chłopca, który się przebrał w ojcowskie ubranie. Austria tymczasem przegrała nie tylko Wielką Wojnę, ale i swoje cesarstwo, a jej majestat i tradycje, którym poprzysiągł młodzieńczą wierność, niemal bez reszty odeszły w niepamięć. Z wielkiego imperium austriackiego pozostała tradycja jeździectwa, które zdaniem Podhajsky’ego nadal było najlepsze na świecie. Teraz miał szansę to udowodnić, gdy oczy świata zwrócą się ku niemu.
Witeź na ranczu Calabria w Kalifornii

Nero wyglądał nienagannie, ze śnieżnobiałą taśmą starannie wplecioną w warkoczyki grzywy, by podkreślić wygiętą linię szyi. Podhajsky prezentował się doskonale w oliwkowym mundurze Republiki Austriac- kiej. Marny koń wyścigowy i jego odrzucony jeździec przygotowywali się do rywalizacji w jednej z najtrudniejszych i najbardziej skomplikowanych dyscyplin sportowych. Ze wszystkich konkurencji jeździeckich ujeżdżenie wymaga największego skupienia. Sport ten, który rozwinął się w starożytności z zawiłych manewrów wojskowych, polega na wykonywaniu przez konia i jeźdźca serii ściśle określonych ruchów. Podobnie jak w tańcu towarzyskim i łyżwiarstwie figurowym, gdzie efekt zależy od perfekcyjnej współpracy partnerów, jeździec wykonuje w duecie skomplikowane figury, ale jego partner jest ważącym pół tony czworonogiem. Do dresażu na najwyższym poziomie nie wystarczą umiejętności; konieczne jest wewnętrzne wyczucie i zdolność porozumiewania się z wierzchowcem specjalnym językiem bez słów.
Arenę ustawiono z geometryczną precyzją na przystrzyżonej trawie błoni Maifeld. Kwiaty porozstawiane w wielkich donicach tworzyły barw­ne plamy na jej obwodzie. W oddali przesłaniała horyzont imponująca bryła stadionu olimpijskiego przyozdobiona flagami różnych państw. Wokół stadionu ustawiono w równych odległościach szkarłatne proporce z nazistowską swastyką. Sto tysięcy miejsc na widowni wypełniali kibice zawodów na bieżniach i boiskach. Publiczność, która zgromadziła się, by oglądać rywalizację w ujeżdżeniu, była czterokrotnie mniejsza, lecz nie mniej rozemocjonowana. Mężczyźni w białych kapeluszach i kobiety w barwnych letnich sukienkach wyglądali na trybunach jak różnokolorowa posypka na torcie. Podhajsky utrwalał sobie w pamięci złożone serie ruchów, które musiał wykonać bezbłędnie w ciągu przypadających na jego występ siedemnastu minut. Jeżeli koń przekroczyłby niskie barierki stanowiące granice ringu o powierzchni dwadzieścia na sześćdziesiąt metrów, zostałby wyeliminowany. Wokół areny znajdowały się też punkty oznaczone literami alfabetu: jeśli program wymagał skojarzenia danej figury z odpowiednią literą, koń musiał kończyć lub rozpoczynać tę figurę dokładnie wtedy, gdy but jeźdźca znajdzie się w oznaczonym punkcie.
Ujeżdżenie jest sportem, w którym jeździec potrzebuje kilku lat, aby nauczyć swojego wierzchowca wykonywania na komendę ruchów występujących u dzikich koni zupełnie naturalnie. U konia wyróżnia się cztery rodzaje chodu: stęp, kłus, galop i cwał, a każdy z nich ma inny rytm. Dziki koń urozmaica jednak każdy chód różnymi odmianami kroków. Na przykład w kłusie koń normalnie stawia dwie nogi po przekątnej w rytmie dwutaktowym. Dziki ogier, gdy chce się popisać, czasami podnosi zwykły kłus do rangi sztuki – podstawia silny zad, zwalnia tempo i przy każdym kroku wysoko unosi nogi, zmieniając prosty chód w krok baletowy. Te przesadnie akcentowane ruchy w pewnych sytuacjach pojawiają się naturalnie, lecz nakłonienie konia do tego, by wykonywał je na komendę, wymaga od ujeżdżacza najwyższego taktu, wyrozumiałości i sumiennego treningu. Podczas pokazów ujeżdżenia na najwyższym poziomie jeździec może na przykład nakazać koniowi wykonanie piruetu, przy którym tył zwierzęcia pozostaje prawie nieruchomy, a przednie nogi w galopie robią pełny okrąg, albo trawersu, przy którym koń porusza się równocześnie do przodu i w bok, w lekkim wygięciu opierając się o nogę jeźdźca i krzyżując kończyny. Każdą z tych figur koń opanowuje powoli i mozolnie, krok po kroku przez wiele lat.
Czekając na swoją kolej, Podhajsky miał nadzieję, że długie lata ćwiczeń nie pójdą na marne. Powracał myślami do słów swojego instruktora w Hiszpańskiej Szkole Jazdy, człowieka, który nauczył go sięgać do najstarszych tradycji. Każdy z zawodników zebranych na Maifeld wytrwale trenował, aby móc się tutaj znaleźć. Każdy liczył na medal olimpijski. Podhajsky’emu zależało jednak nie tylko na zdobyciu nagrody: w głębokim porozumieniu pomiędzy jeźdźcem a koniem dostrzegał coś wyjątkowego. Obojętnemu, a czasem okrutnemu światu chciał pokazać wszystko to, co znaczyły dla niego lata cierpliwej nauki – dyscyplinę, tradycję, perfekcję jako cel sam w sobie, nadanie kształtu namiętności. Zdobycie medalu mogło stanowić ukoronowanie tych dążeń, ale dla Podhajsky’ego najważniejsze było samo dążenie.
Podniósł wzrok, aby rozejrzeć się po zatłoczonych trybunach. To niezwykłe, że taki tłum zgromadził się tutaj, aby oglądać widowisko, które w pewnym sensie jest prywatnym przeżyciem. Jak mówił później: „Entuzjastyczny aplauz w żaden sposób nie pomaga; tym, czego potrzeba, jest współodczuwanie i harmonia z partnerem”. Praktykując tę najbardziej subtelną sztukę, Podhajsky stał się psychologiem zwierząt; wiedział, że sukces należy do tych jeźdźców, którzy potrafią się zaprzyjaźnić ze swoim wierzchowcem. Dziś miał reprezentować Austrię, ale nade wszystko pragnął przeżyć stan niemal mistycznego zespolenia z koniem.
Hubert-Rudofsky z Lotnikiem i innym koniem arabskim w Hostau
W oczekiwaniu na swój występ doświadczonym okiem przyglądał się rywalom. Wiedział, że najsilniejszą konkurencję stanowią Niemcy, mający przewagę jako gospodarze. Był pewny, że on i Nero mogą konkurować z najlepszymi, ale gdy popatrzył na międzynarodowy zespół sędziowski po drugiej stronie areny, uświadomił sobie, że chodzi nie tylko o rywalizację sportową, ale też o finezyjną grę w polityczne szachy.
W zawodach jeździeckich podczas letnich igrzysk olimpijskich w 1936 roku miało uczestniczyć stu trzydziestu trzech zawodników z dwudziestu jeden państw. Trzy lata wcześniej Partia Narodowosocjalistyczna wyniosła Hitlera do władzy. Olimpiada w Berlinie, zorganizowana jako wyraz poparcia dla aryjskich ideałów partii, była swego rodzaju nacjonalistycznym teatrem w scenerii imprezy sportowej. Sprytne posunięcia nazistowskiej propagandy ukryły wiele wprowadzonych wcześniej środków politycznych o charakterze rażąco antysemickim, z berlińskich ulic usunięto antyżydowskie hasła, stonowano nawet retorykę prasową, ale uśpione groźby i przemoc czaiły się tuż pod powierzchnią polukrowanej rzeczywistości.
Podczas tej jawnie politycznej imprezy zawody jeździeckie miały wyjątkowe znaczenie: dopuszczono do nich wyłącznie wojskowych. Oficerowie w mundurach na swoich najlepszych koniach rywalizowali w konkurencjach zorganizowanych tak, by mogły wykazać dzielność konnych żołnierzy. W trzech dyscyplinach – ujeżdżenie, trzydniowy Wszechstronny Konkurs Konia Wierzchowego oraz Puchar Narodów (skoki przez przeszkody) – miało się rozegrać coś na kształt między- narodowej bitwy. Aby podkreślić doniosłość tej rywalizacji, dla Pucharu Narodów wyznaczono szczególny czas: tuż przed zamknięciem ceremonii, gdy oczy całego świata będą zwrócone na igrzyska. Przez wieki ludzie mierzyli potęgę militarną wartością koni. Zawody jeździeckie podczas berlińskiej olimpiady w 1936 roku były psychologiczną grą wojenną: próbą generalną przed wybuchem prawdziwej wojny, która już jawiła się na horyzoncie.

AUTORKA

Elisabeth Letts
amerykańska pisarka, urodzona w 1961 roku w Houston w Teksasie. Absolwentka nauk historycznych na Yale Colleage, służyła jako wolontariuszka w Korpusie Pokoju w Maroko. Jest autorką cenionych na amerykańskim rynku książek, m.in.. o tematyce historycznej. W młodości uprawiała jeździectwo na poziomie zawodniczym i brała udział w mistrzostwach krajowych jako reprezentantka dwóch stanów.

 

PATRONAT MEDIALNY

DANE BIBLIOGRAFICZNE

Tłumaczenie: Joanna Gilewicz
seria MUNDUS
ISBN: 978-83-233-4325-7
, rok 2017, format B5, stron 400