Ta strona używa cookie. Dowiedz się więcej o celu używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.





Poznawać świat można na wiele sposobów. Niektóre państwa wciąż są jednak dostępne tylko za pośrednictwem
wiadomości telewizyjnych. Stephan Orth twierdzi, że nie ma w nich miejsca na tzw. życie codzienne, dlatego też wybiera couchsurfing. Nie byłoby to tak interesujące, gdyby nie fakt, że couchsurfuje w kraju, w którym jest to zakazane.
Wyrusza do Iranu z „kompasem uprzedzeń”, który, już od wylądowania na lotnisku, kieruje go w stronę przygód podważających wszystkie stereotypy. Z zachodniego świata znającego Persję głównie z dywanów przenosi się do miejsca, gdzie bez znajomości języka perskiego bardzo trudno coś załatwić, o ile nie natrafi się na wąską grupę trzydziestolatków posługujących się angielskim. Docelowo autor ma do czynienia właśnie z nimi - Irańczykami świadomymi otaczającego
ich reżimu, którzy dążą do poszerzenia swoich swobód. Drugim językiem, który pozwala mu odkrywać irański świat, jest „piłkarskie esperanto”.
 
Uważnie obserwuje krajobrazy, architekturę, ludzi i kuchnię, a uroków tej ostatniej zdarza mu się doświadczyć na własnym żołądku. Niczym oko kamery rejestruje to, co najpiękniejsze, ale również to, co najbardziej praktyczne – od instrukcji przechodzenia przez irańską ulicę po skuteczne techniki perskiego flirtu. Robi to w sposób niezwykle humorystyczny, wciągający, a zarazem prawdziwy. Nie ukrywa tego, że jest Niemcem i że jest z pokolenia, dla którego daleka podróż to symbol statusu społecznego. Pisze ironicznie i z dystansem, zarówno do siebie samego, jak i miejsca swojej podróży.
Z tego pisania wyłaniają się mistrzowie świata w gościnności oraz ich codzienne historie w „kraju progów i BDSM-u”. Okazuje się, że nie ma złych miejsc, kiedy podróżujesz, żeby spotkać się z ludźmi.

Wszystkie fotografie pochodzą od Autora      



„Couchsurfing w Iranie” jest zatem przede wszystkim zapisem nowych doznań i odkryć spoza turystycznych szlaków. Autor nastawia się
w pierwszej kolejności na analizowanie kontaktów interpersonalnych, opisywanie nowych znajomych i wydarzeń, w których dzięki nim uczestniczy. Podkreśla różnice kulturowe, ale o wiele chętniej wprowadza porównania wykazujące podobieństwo między młodymi ludźmi niezależnie od warunków, w jakich przyszło im żyć
.

Blog Tu-czytam


"Couchsurfing w Iranie" jest książką nie tylko dla grobtroterów. To opowieść o Irańczykach, absurdach współczesnego Iranu i ludziach, którzy potrafią sobie w tej rzeczywistości radzić. Koniecznie trzeba przeczytać.

Dr Elżbieta Lisowska, iranistka, podróżniczka


Zrozumieć Irańczyków mieszkając w hotelach i jedząc jedynie w restauracjach - to ślepa uliczka. Jedyna właściwa droga do zrozumienia podziału na 2 światy - zewnętrzny i wewnętrzny - wiedzie poprzez ich domy. "Couchsurfing w Iranie" to bardzo merytoryczna podpowiedź jak naprawdę poznać Iran.

Artur Orzech, iranista, dziennikarz



Gdzie sprzedaje się podróbki dresów Didas i kalkulatorów Casho? W jaki sposób mieszkańcy zdobywają 96-procentowy alkohol etylowy? Dlaczego Irańczycy uważają, że nakręcili pierwszy w historii film animowany? Dowiedziałem się tego, dzięki fascynującej podróży
przez kraj, w którym zdaniem autora można być wolnym jedynie wtedy, gdy otaczają cię mury.

Jakub Porada, dziennikarz i podróżnik, TVN24 i TTV


Interesująca, autentyczna, pokazująca ludzką twarz Iranu.
Focus



Po lekturze tej książki nie sposób nie zakochać się w tych niezwykle gościnnych ludziach.
Frankfurter Neue Presse


Zabawna i trzymająca w napięciu opowieść, która pozwala zajrzeć za kulisy życia Irańczyków. "Couchsurfing w Iranie" to książka,

od której nie można się oderwać.

Gießener Allgemeine


Dobre dziennikarstwo może objawić się także w książce podróżniczej. Doświadczenia Ortha z pobytu w prywatnych domach
Irańczyków mówią o ich kraju więcej niż większość przenikliwych analiz politycznych.

Stern


Orth jest tak poruszony gościnnością Irańczyków, że jego entuzjazm udziela się czytelnikowi, który łapie się na tym, że poważanie
zaczyna rozważać wyjazd do Iranu.

Neue Presse

FRAGMENT

Mój gospodarz Masoud napisał SMS-a, że spróbuje mnie przyjąć i że mam zadzwonić do niego po wylądowaniu, wybieram więc jego numer.
What’s up, bro? – odzywa się miły, niski głos, przemawiający do mnie czystym slangiem amerykańskich przedmieść. Mówi, że oddzwoni za kilka minut z instrukcjami, dokąd mam się kierować. Masoud zmienia mój przyjazd w niezły film szpiegowski.
Jeden ze współpasażerów wykorzystuje moje oczekiwanie, aby po pięciominutowej pogawędce zaprosić mnie na swoje wesele na północy Iranu. Niestety, w tym terminie jestem już umówiony z Yasmin na oglądanie pól bitewnych, dlatego z ciężkim sercem odmawiam. Potem odmawiam jeszcze raz. I jeszcze raz. Rozmówca powtarza bowiem zaproszenie trzy razy.
_______________________________________________________________________________________________________________
KODEKS GRZECZNOŚCIOWY TAROOF
Irańczycy niekiedy proponują przybyszom niesamowite rzeczy: bezpłatne przejazdy taksówką, darmowe dywany, zakupy gratis na straganie. Jeśli nie potraktujesz tego jako wyrazu kurtuazji, popełnisz olbrzymią gafę.
Podstawowa zasada mówi: zawsze uprzejmie odmawiaj dwa razy. Dopiero gdy rozmówca powtórzy propozycję trzeci raz, możesz być pewien, że mówi serio i że będziesz mógł ją przyjąć, nie narażając drugiej osoby na utratę twarzy.
To okrutne, ale zwrot Taarof nakone! („To nie taarof!”) również może być elementem taroof.
________________________________________________________________________________________________________________

Masoud wysyła mi SMS-a z opisem drogi, który mam pokazać taksówkarzowi.Niestety, moja
komórka nie odtwarza perskich znaków, podchodzę więc do najbliższej jaskrawożółtej taksówki, wybieram numer gospodarza i przekazuję telefon kierowcy. Pojazd mija żwirowiska oddzielone od drogi szpalerami palm oraz ronda ze starannie przystrzyżonymi eukaliptusami i figurami zwierząt morskich. Samochody są tu większe i nowocześniejsze niż w Teheranie, mniej jest saip i peugeotów, za to więcej hyundaiów, toyot, a nawet widziałem kilka mercedesów. Ulice i chodniki lśnią taką czystością, jak gdyby zamieciono je zeszłej nocy, i pozostają w ostrym kontraście z otaczającym
nas dzikim krajobrazem.
Taksówka zatrzymuje się w nowej dzielnicy Arabar w zachodniej części wyspy. Szeregowce
z matowych, polerowanych bloków kamiennych promieniują wielkimi pieniędzmi, zimnem i atmosferą Dubaju. To naprawdę bardzo nowa okolica – połowa ulicy to jeszcze plac budowy.
– Przed rokiem niczego tu jeszcze nie było – mówi Masoud, kiedy po kolejnym telefonie otwiera mi drzwi. Wielki, opalony chłop w szarej koszulce polo ma kanciastą twarz, krzaczaste brwi
i elegancką fryzurę układaną suszarką. Jest dyspozytorem w Iran Aseman Airlines, poza tym dorabia jeszcze jako nauczyciel angielskiego.

– Napijesz się herbaty? – proponuje.
Prowadzi mnie na pierwsze piętro. Na kanapie w pomarańczowe kropki siedzi siostra Masouda, fryzjerka Mahbube, z dziećmi Salerem i Sabą, w wieku trzynastu i jedenastu lat. Żona Masouda
podaje czarną herbatę i herbatniki o barwie piasku. Ona również ma na imię Mahbube – po cichu nadaję jej imię „Mahbube II” – jest architektką, a teraz studiuje malarstwo i grafikę. Obie kobiety i dziewczynka również w mieszkaniu przez cały czas noszą chusty. Muszą
je zachować wyłącznie dlatego, że jestem mężczyzną i gościem, bo reszta obecnych należy do rodziny.
– Mamy dziś pełny dom, ale damy radę i w szóstkę – mówi wesoło Masoud.
Mieszkanie ma około czterdziestu metrów kwadratowych. Składa się tylko z salonu z wydzieloną kuchnią, sypialni i łazienki. Na ścianach
nie ma dekoracji, z wyjątkiem wyrytego w srebrnej folii wersetu z Koranu.
Salon jest zdominowany przez telewizor LG produkcji południowokoreańskiej, z ekranem o przekątnej co najmniej 42 cale. Właśnie widać
na nim kaznodzieję, który śpiewając, tak fałszuje, że wszyscy mężczyźni w meczecie zaczynają po kolei płakać.
– Bzdura, po prostu słyszą smutną historię. On opowiada im o męczeńskiej śmierci imama Husajna – oświadcza Masoud, kiedy zwracam na to uwagę.
Potem zmienia temat.
– Lubisz symulatory lotów? – pyta dwudziestotrzylatek i nie czekając na odpowiedź, podłącza do swojego laptopa specjalny joystick przypominający drążek sterowy w samolocie oraz dwa głośniki.
– Polatajmy sobie po Niemczech. Zaproponuj jakąś krótką trasę!
– Może Hamburg–Berlin? – proponuję.
Już po chwili lecimy razem Airbusem A330 do Berlina, a ja przechodzę szybki kurs znajomości kokpitu.
Ground speed: 330 kilometers per hour, altitude: 6000 feet, direction: 110 – obwieszcza Masoud, pokazując odpowiednie wyświetlacze. – Berlin jest łatwy, tam jest system ILS . W Niemczech macie dobrze, tutaj nie wszystkie lotniska są w niego wyposażone.
Jak dodaje mój gospodarz, Iran nie może wprowadzić tej nowoczesnej technologii z powodu nałożonych sankcji. Problem stanowią
również części zamienne do samolotów.
– To dlatego jest u nas więcej wypadków niż w innych krajach – oznajmia. Aby zilustrować to przykładem, ładuje trasę Orumije–Tebriz w północno-zachodniej części kraju. Wspaniałe górskie krajobrazy, gwałtowne turbulencje. Podczas lądowania bez wspomagania przez system ILS Masoud od razu rozwala sobie przednie koło. – Widzisz? – komentuje. – Winne są sankcje.

 

AUTOR

Stephen Orth (ur. 1979) – jest zapalonym podróżnikiem, od roku 2003 zafascynowany couchsurfingiem, czyli korzystaniem z bezpłatnego noclegu dzięki czyjejś gościnności. Odwiedził w ten sposób ponad 30 krajów, także Iran − jedyny kraj, w którym couchsurfing jest zakazany − i podejmował gości z całego świata. Redaktor działu „Podróże” w internetowym wydaniu tygodnika „Der Spiegel”. Autor książek podróżniczych, kilkakrotnie wyróżniony nagrodą Columbus. Jego książka Couchsurfing w Iranie znalazła się na liście bestsellerów pisma „Der Spiegel” i utrzymywała się na niej przez 70 tygodni.

PATRONAT MEDIALNY

DANE BIBLIOGRAFICZNE

Tłumaczenie: Kamil Markiewicz
seria MUNDUS
ISBN: 978-83-233-4244-1
, rok 2017, format B5, stron 255